Piesi, rowery i auta – obok siebie, nie przeciw sobie.

Kierowcy, rowerzyści i piesi to trzy wrogie plemiona.

IMG_0150lll

A gdyby zamiast wydzielać im autostrady, ścieżki rowerowe i kładki, oddać im wspólną przestrzeń?

Taki pomysł narodził się w latach 70. Holandii, gdzie opracowano koncepcję tzw. woonervów, czyli „ulic do mieszkania”. Idea była prosta: z ulicy mogą korzystać wszyscy, kierowcy w autach, rowerzyści i piesi, ale wymaga to zastąpienia „prawa silniejszego” zasadami, które ochronią słabszych użytkowników przestrzeni.

Cała koncepcja wynika z przemyślanego, ludzkiego podejścia do miejsca: ułatwiając ruch PRZEZ dane miejsce, faworyzujemy tych, którzy przebywają w nim krótko kosztem mieszkańców i stałych bywalców. Intuicja zaś podpowiada raczej, że miejsce należy przystosowywać do potrzeb tych, którzy są z nim najbardziej związani. A więc w następującej kolejności: ci, którzy drepczą, ci, którzy pedałują i na końcu ci w autach.

Woonervy zaadaptowali na swoje potrzeby Belgowie, Szwajcarzy, Francuzi itd., a w 2013 pierwszym woonervem w Polsce stała się łódzka ulica 6 sierpnia.

Francuską odmianę woonervu ochrzczono mianem „zone de rencontre”, czyli „strefa spotkań”. Jak działa? Zobaczmy na przykładzie odcinka paryskiej ulicy Rambuteau.

Jakie są zasady?

Piesi mogą chodzić wszędzie, nie tylko po chodniku i wszędzie mają pierwszeństwo. Rowerzyści – jeździć w obydwu kierunkach, przepuszczając zawsze pieszych. Samochody poruszają się w jednym kierunku z maksymalną prędkością 20 km/h. Chodniki zostały poszerzone, ale dodatkowa przestrzeń nie może służyć jako miejsce parkingowe ani pole ekspansji kawiarnianych ogródków.

Jak to wygląda w praktyce?

Zycie na ulicy toczy się w tempie ludzkiego kroku. Przechodnie spacerują po chodniku, na ulicy niespiesznie ustępują rowerom. Kiedy na bruku rozlega się odgłos samochodowych opon, piesi przelewają się na chodniki, auto przetacza się powoli, po czym ludzie znów leniwie, lecz nieuchronnie anektują jezdnię. Scena ta w przyspieszonym tempie przypominałaby zapewne cykliczne rozstępowanie się Morza Czerwonego, tyle że nikt nie zostałby zatopiony.

Całość mechanizmu opiera się na wzajemnym szacunku i rezygnacji z demonstrowania siły: rowery nie mkną slalomem między ludźmi, samochody ich nie rozjeżdżają. Hasło promujące w Paryżu tę nową formę organizacji ruchu brzmiało: „La rue, on partage”, czyli „Dzielimy się ulicą”.

IMG_0262lll

IMG_0264lll

IMG_0265lll

IMG_0268lll

IMG_0263lll

IMG_0270lll

Na progu sklepu z mydłem i powidłem stoi właściciel i obserwuje płynący spokojnie ruch. Na pytanie, czy podobają mu się przeprowadzone zmiany i czy nie generują one konfliktów, odpowiada, że podobają się, i to bardzo, a konflikty będą zawsze. Zawsze znajdzie się kierowca, który zacznie trąbić, skuter przemknie za szybko, a piesi ostentacyjnie staną na środku ulicy. Ale wcześniej konfliktów było znacznie więcej: na zbyt wąskich chodnikach przystawały samochody, a dwa wózki dziecięce nie były w stanie się minąć. Teraz jest spokojniej, można zatrzymac się i porozmawiać. Otoczenie stało się bardziej przyjazne.

Jakie wymagania i jakie korzyści?

Jak widać na poniższej mapce, woonerf powinien być sensownie wkomponowany w system komunikacyjny okolicy. Ulica Rambuteau jest obszarem przejściowym między drogami ze zwyczajnym ruchem samochodowym a deptakami.

Rambuteau

czerwony – ulice z ruchem samochodowym, zielony – piesi i rowery, niebieski – zone de rencontre

Kiedy wąską ulicą o przyjemnej skali (niezbyt szeroką, otoczoną trzy-, czteropiętrowymi budynkami) w obie strony i bez przerwy jeżdżą samochody, a część z nich parkuje na poboczach, potencjał miejsca pozostaje niewykorzystany. Ulica, która mogłaby być ładna, pozostaje miejscem nieprzyjemnym, niezachęcającym do pozostania.

Jeśli ograniczymy prędkość samochodów (lecz nie za pomocą progów, przed którymi się hamuje, po czym zaraz przyspiesza znowu), zniechęcimy spontanicznych kierowców, chcących sobie skrócić drogę, uwolnimy chodniki, sprawimy, że ludzie poczują się bezpiecznie, dołożymy małej architektury (choćby proste ławki), ulica stanie się miejscem, a nie przelotówką. Będzie – jak pisze Jan Gehl, duński architekt i urbanista (a wręcz starurbanista), rzecznik idei „miasta dla ludzi” – dawała możliwość spotykania, przyglądania i przysłuchiwania się ludziom, która sama w sobie jest wartością, a zarazem nabiera znaczenia jako podstawa oraz punkt wyjścia dla innych form kontaktu. Innymi słowy, na takiej ulicy może wydarzyć się wiele dobrych rzeczy.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s